Rozmowa z prezesem SGW Benedyktem Wietrzykowskim

NASZ DZIENNIK

Sobota-Niedziela, 14-15 lipca 2007, Nr 163 (2876)
Dział: Polska

Nie otrzymaliśmy zadośćuczynienia

Z Benedyktem Wietrzykowskim, prezesem Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych,
rozmawia ks. Rafał Leśniczak

Temat wysiedlonych Polaków z Gdyni doczekał się publicznej dyskusji. Dlaczego jest ona taka ważna?
– Wysiedleni z Gdyni w 1939 roku i po nim przez okupanta niemieckiego nie otrzymali zadośćuczynienia od rządu polskiego ani niemieckiego – ani moralnego, ani materialnego. Jest błąd w sporządzonej ustawie o kombatantach i niektórych osobach represjonowanych. 24 stycznia 1991 roku powstała ta ustawa i nie pozwala ona na uznanie gdynian wysiedlonych w pierwszym etapie, od 1 września 1939 roku do marca 1940 roku, za osoby represjonowane, ponieważ w niektórych paragrafach tej ustawy represjonowaną może być tylko ta osoba, która przechodzi przez obozy przejściowe. Te zostały dopiero utworzone w marcu 1940 roku, kiedy okupant zastosował się do wykonania konwencji haskiej z 1907 roku, która zobowiązywała go w walkach lądowych do zachowania pewnych zwyczajów i reguł w stosunku do ludności cywilnej.

Jaki był los wysiedlonych i w jakich warunkach następowała deportacja ludności?
– Jeżeli ludność cywilna była deportowana, to musiała przechodzić przez obozy przejściowe, gdzie miała być ewidencjonowana. Pośpiech niemiecki był tak wielki, żeby zwolnić w mieście Gdynia dużą liczbę mieszkań i wyzbyć się elementu polskiego, że nie zdążono pobudować obozów przejściowych. W związku z tym nas wrzucono do wagonów bydlęcych, do samochodów bądź wypędzono pieszo do miejsc bliżej nieokreślonych. Wagony bydlęce krążyły kilka dni, a czasami kilka tygodni, samochody jechały kilka albo kilkanaście dni, ponieważ mosty i drogi były poniszczone, brak było zaopatrzenia w paliwo. Były decyzje, by nas wyrzucać gdziekolwiek, aby po prostu pozbyć się i mieć nowy transport, który wywoziłby kolejne grupy ludzi. I te grupy wysiedlonych znowu pakowano w wagony i wywożono do Generalnej Guberni czy też do różnych miejscowości, m.in. Częstochowy, Kielc, Siedlec. Byliśmy tanią siłą roboczą w pracach na majątkach nadzorowanych przez okupanta niemieckiego. Wszystkie prace były wykonywane na rzecz Rzeszy Niemieckiej. Spaliśmy pod gołym niebem albo też razem ze zwierzętami, z bydlętami. Jak nam pozwolono ująć porcje żywnościowe zwierzętom: świniom, krowom – to człowiek mógł zjeść.

Mija prawie 70 lat od rozpoczęcia II wojny światowej. Czas upływa bardzo szybko. Żyje coraz mniej Polaków wysiedlonych, co zrobić, by ludzie nie musieli długo czekać na zakończenie prac nad nowym, sprawiedliwym kształtem ustawy o kombatantach?
– To jest dobra wola urzędników, a do urzędów są mianowani ludzie, którzy nie znają tematu, nie znają historii, a jak już tam siedzą, to się trzymają rękoma i nogami, po prostu nic nie czyniąc, siedząc i pilnując własnych stołków. Nic nie robią, aby ulżyć ludziom uciemiężonym. To samo jest z ludźmi, którzy walczyli w tym okresie powojennym o wolny kraj, o wolną Rzeczpospolitą, też nie wszyscy zostali za to w sposób godziwy wynagrodzeni albo też otoczeni opieką, co przewiduje artykuł 19 i 32 Konstytucji, dlatego my z poparciem senatorów i posłów chcemy dopisać tę grupę ludzi, która nie tylko w Gdyni, ale w całym kraju była wysiedlana i represjonowana przez okupanta.

Dziękuję za rozmowę.
www.naszdziennik.pl